Powrót

Marzenia warto spełniać, zwłaszcza te ponadnormatywne

Zanim będzie szyła sukienki, chce objechać ciężarówką Amerykę. Takie ma plany. A rzeczywistość jest taka, że jeździ 60-metrowym tirem, wożąc gabaryty. Jak sobie radzi polska Trucking Girl, czyli Iwona Blecharczyk w męskim świecie transportu ciężkiego?

 

Czym Pani aktualnie jeździ?

 

Jeżdżę teraz Scanią 3-osiową z naczepą typu dłużyca. Wożę ładunki ponadnormatywne, czyli takie, które są o wiele większe od standardowej ciężarówki, czyli tzw. tira.

 

Na czym polega różnica?

 

Jeśli zwykła ciężarówka ma plus minus 17 metrów, tak moja ciężarówka, na pusto, nierozciągnięta ma 21 metrów długości, a gdy załaduję ładunek, to mam średnio 60-65 metrów długości.

 

Dlaczego zdecydowała się Pani wozić gabaryty? Czy ta decyzja była czymś podyktowana?

 

Sama tak wybrałam. Jest dużo trudniej i wymaga to większej koncentracji przy manewrowaniu, ale to jest fajne i po prostu podoba mi się.

 

Czy w związku z przewozem gabarytów musi jeździć Pani w określonych porach?

 

W większości krajów Europy jeździmy tylko nocą, w Danii jeździmy w ciągu dnia.

 

Ile km średnio dziennie Pani pokonuje?

 

Tutaj nie ma reguły. Czasem zdarzy się taki tydzień, gdy zrobię tylko 200 lub 300 km, stoję pod dźwigiem i czekam na rozładunek, bo albo się dźwig zepsuje, albo jest zbyt mocny wiatr, by się rozładować. Często się zdarza, że właśnie przez warunki zewnętrzne nie jeżdżę. Są takie projekty, gdy stoimy tydzień w polu i wtedy w ciągu miesiąca zrobię 1000 km albo takie jak teraz, gdy jeździmy dużo, nawet 8000 km miesięcznie. Dawniej, jak jeździłam na trasach długodystansowych, to robiłam miesięcznie nawet 14 000 km. Teraz robi się mniej kilometrów.

 

Na jakich trasach aktualnie można Panią spotkać? W jakich krajach?

 

W tym roku najczęściej można mnie spotkać w Niemczech. W ubiegłym roku jeździłam dużo po Polsce, ale teraz zmieniło się prawo, jeśli chodzi o farmy wiatrakowe, w związku z czym mało wiatraków wozimy do Polski.

 

Najczęściej wozi więc Pani elementy wiatraków?

 

Tak, to są łopaty do turbiny, śmigła.

 

Jak Pani sobie radzi z manewrowaniem?

 

Pierwszy raz było najtrudniej. Bo przesiąść się z ciężarówki, która ma niecałe 20 metrów na taką, która ma 60 metrów i całkowicie inaczej się prowadzi, to jest pewien szok. Bałam się strasznie tej pierwszej trasy, byłam zdenerwowana i stresowałam się na każdym zakręcie. Najgorzej było się jednak przełamać. Jak już mi się to udało, reszta była kwestią doszkolenia. Kolejne trasy już tak nie stresowały.  Drugi rok jeżdżę ze śmigłami i cały czas się czegoś uczę. Za każdym razem udoskonalam więc technikę jazdy.

 

Czym wygodniej się Pani jeździ: osobówką czy ciężarówką?

 

Wolę jeździć ciężarówką, bo jest o wiele wygodniejsza pod względem komfortu jazdy, zwłaszcza w przypadku podróży długodystansowych. No ale, gdybym miała dojeżdżać ciężarówką do pracy, to nie byłabym raczej zadowolona, bo ciężarówka jest dużo wolniejsza, a i do centrum bym nie wjechała. Osobówkę traktuję tylko i wyłącznie jako auto, dzięki któremu szybko dojeżdżam do pracy.

 

A skąd się u Pani w ogóle wzięło zamiłowanie do pracy kierowcy?

 

W sumie to nie wiem. Nie mam w rodzinie żadnego kierowcy zawodowego, ja w sumie jestem pierwsza. (śmiech)

 

Jak wyglądały zatem początki Pani pracy?

 

Zaraz po liceum zaczęłam jeździć busem – wtedy jeszcze z moim chłopakiem. Jeździliśmy wówczas dosyć często do Anglii, później się rozstaliśmy, ale miłość do jeżdżenia pozostała. Zawsze lubiłam jeździć i nawet sobie myślałam, że mogłabym być dobrym kierowcą. Z zawodu jednak jestem nauczycielką i nie wiedziałam, czy ktokolwiek chciałby zatrudnić kobietę w tym zawodzie, więc to wyszło przypadkiem. Zaczęłam uczyć w szkole, ale strasznie mi się to nie podobało i męczyłam się w tej pracy, więc w końcu stwierdziłam: albo teraz, albo nigdy!

 

Podjęła Pani radykalną decyzję… i co dalej?

 

Miałam już ukończone kursy prawa jazdy, jeszcze ucząc w szkole je zrobiłam. Zaczęłam więc szukać pracy. To okazało się dosyć problematyczne, bo był rok 2011 i wówczas to jeszcze było nie do pomyślenia, żeby kobieta jeździła ciężarówką. Pojawiały się komentarze: jak ona zmieni koło, jak naprawi ciężarówkę… Ja jednak, pracując w szkole, ciągle szukałam pracy. Pracując na zastępstwa, czasowe kontrakty, nie czułam się silnie związana ze szkołą. W pewnym momencie zwolniło się jednak miejsce, co oznaczało, że mogłabym podpisać roczny kontrakt, a w efekcie oznaczałoby to dłuższe zatrudnienie. Dopiero wtedy autentycznie przeraziłam się, że jak zwiążę się na rok z tą szkołą, to już nigdy stąd nie odejdę. Wtedy właśnie mocno się spięłam z tym szukaniem pracy i udało mi się znaleźć zatrudnienie w polskim oddziale belgijskiej firmy. Trzy lata tam pracowałam.

 

Taka praca to spore wyzwanie, zwłaszcza dla młodej kobiety. Czego się Pani najbardziej obawiała?

 

Ja tak bardzo się cieszyłam, że mi się udało, że… niczego się nie bałam (śmiech). Dopiero jak dojechałam do siedziby firmy w Belgii, to uświadomiłam sobie, że będę przez miesiąc jeździć w jednej kabinie z obcym mężczyzną. Tego się więc na początku przestraszyłam. Jednak ów kierowca okazał się profesjonalny, dobrze mnie przyjął i przygotował do zawodu. Nauczył mnie, na co nie należy pozwalać pracodawcy i jak należy szanować swoją pracę. To jest taki standard: na początku młodzi kierowcy jeżdżą przez około 2 tygodnie z doświadczonym kierowcą, aby poznać rytm tej pracy.

 

Po miesiącu zaczęła Pani jeździć sama?

 

Tak. Tyle, że dopiero wtedy prawdziwy stres się zaczął (śmiech). Gdy jeździłam przez pierwszy miesiąc z doświadczonym kierowcą, nic nie było na mojej głowie. Nie stresowałam się trasą, jak załadować towar, bo on mi pomagał we wszystkim. Później zaczął się większy stres, bo jeździłam ciężarówką z przyczepą, czyli tzw. tandemem, a później zaczęłam jeździć ciągnikiem siodłowym z naczepą. Taki zestaw się zupełnie inaczej prowadziło i to generowało dodatkowy stres. W tym czasie zaczęłam też jeździć nocą, pracowałam 15 godzin dziennie. Zaczynając w nocy, kończyłam gdzieś w południe, musiałam się wyspać w ciągu dnia, aby wieczorem znów móc pracować. To było dla mnie super ciężkie, aby się przestawić. W dzień nie mogłam spać, później z kolei byłam niewypoczęta. W nocy chciało mi się spać. I jeszcze wtedy miałam jakąś kiepską nawigację, która cały czas mi się wieszała, wjeżdżałam pod zakazy z cyklu: tylko dla osobówek. Na początku było więc bardzo dużo stresu, ale dzięki temu wiele się też nauczyłam i nabrałam doświadczenia.

 

Co jest najtrudniejsze w pracy kierowcy?

 

To zależy, z jakiej strony będziemy to rozpatrywać. Z perspektywy codziennego życia najtrudniejsze jest to, że kierowcę omija całe życie rodzinne. Dzieci nie mają zbyt wiele okazji, by przebywać z ojcami-kierowcami, a  żony ze swoimi mężami. To nie jest reguła, ale bardzo często tak właśnie jest, nad czym często ubolewają sami kierowcy.

 

A co z samotnością? Nie doskwiera zawodowym kierowcom?

 

Teraz nie mam już tego problemu, bo zawsze jeżdżę w konwoju, wiec jesteśmy we trójkę, dodatkowo są z nami piloci, z którymi musimy być w nieustannym kontakcie, więc już prawie zapomniałam jak to jest. Wcześniej, gdy jeździłam przez trzy lata na trasach długodystansowych, to rzeczywiście było tak, że cały czas byłam sama. W polskich autach są jeszcze odbiorniki CB, ale w większości aut w Europie już ich nie ma. Samotność może więc niektórym osobom doskwierać.

 

Ja tam, na przykład, lubię samotność, mi to nie przeszkadzało, chociaż czasami też miewałam kryzysy, było mi smutno, że jestem cały czas sama. Widziałam, że moje koleżanki układają sobie życie, rodzą dzieci, a  ja wciąż jestem w trasie. Ale to było zaledwie kilka razy. Są jednak i tacy kierowcy, którzy odchodzą z zawodu, bo nie są w stanie wytrzymać tej samotności lub zawsze jeżdżą w podwójnych obsadach, bo chcą mieć z kimś kontakt.

 

A co z niebezpieczeństwami fizycznymi typu napady na kierowców, kradzieże?

 

Wyjeżdżając na południe, trzeba uważać na kradzieże. Mnie dwa razy okradziono z paliwa. Bałam się też, że włamią mi się do kabiny, zagazują, okradną, zgwałcą. Nigdy się to na szczęście nie zdarzyło, ale trzeba uważać. Ja zawsze dbam o bezpieczeństwo. Miałam wcześniej gaz, ale nigdy go nie użyłam. Mam natomiast metalowe zabezpieczenia drzwi. Nawet, jeśli ktoś wyłamie zamek z zewnątrz, to nie wejdzie do środka, bo drzwi są przykręcone do kabiny od środka, więc nie da się w ten sposób wejść. Mimo zabezpieczeń zagazowania kierowców się zdarzają, zwłaszcza na południu Europy, w Hiszpanii, na południu Francji czy we Włoszech.

 

Czy miała Pani taki moment, gdy w myślach padły słowa: „rzucam to”?

 

Miałam taki okres, po roku, czy półtora, gdy miałam wątpliwości, czy na pewno dobrze robię, czy to właściwy wybór, ale nigdy nie przyszło mi do głowy, by rzucić tę pracę, bo po prostu ją lubię. Być może kiedyś będę robiła coś innego, bo wiele rzeczy chodzi mi po głowie, ale póki co ta praca najbardziej mi odpowiada.

 

Co Panią najbardziej pociąga w tym zawodzie?

 

To jest taka dziwna mieszanka. Z jednej strony kierowcy lubią być wolni. W sumie, patrząc z boku na naszą pracę, nie ma tu żadnej wolności. Jeździ się z punktu A do B, ma się wyznaczony czas na to. Z drugiej strony, jak się załaduje towar i zrobi, co trzeba, to później ma się spokój z dyspozytorami, szefami, nikt już nie zawraca nam głowy. Jest też tak, że jak ktoś lubi jeździć, to czerpie przyjemność z jazdy, a jak się lubi zwiedzać i człowiek się postara, to może zwiedzać, bardzo dużo zobaczyć. To oczywiście wiąże się często z dużymi kombinacjami, ale nie trzeba brać urlopu, jak w przypadku innych zawodów. To takie 2 w 1 i dodatkowo się jeszcze na tym zarabia. Robię więc to, co lubię, daje mi to dodatkowo pieniądze i możliwość poznania nowych miejsc, obcych ludzi, innych zwyczajów i to mi się właśnie najbardziej podoba.

 

Jakie predyspozycje powinna posiadać osoba, która chciałaby zostać kierowcą zawodowym?

 

Trzeba być odpornym na stres. Transport jest teraz tak wymagającą branżą, że oczekuje się od nas, abyśmy byli niemal tak szybcy jak samoloty. Czasami są korki, remonty, usterki, a oczekuje się od nas wręcz niemożliwego i człowiek się zwyczajnie denerwuje. Do tego trzeba też być odpornemu na samotność…

 

…trzeba chyba też umieć sobie radzić w nieprzewidzianych sytuacjach.  Jak więc Pani sobie radzi z usterkami w aucie, będąc w trasie?

 

Mój poprzedni pracodawca bazował na serwisach. W zasadzie teraz większość dużych firm transportowych bazuje tylko i wyłącznie na serwisach, kierowcy nie są nawet wyposażeni w koła zapasowe, bo to jest zbędne obciążenie. Wymiany zdarzają się tak rzadko, że opłaca się zapłacić serwisowi i dzięki temu brać więcej ładunku. Wtedy też jeździłam nowym autem, więc nie było poważniejszych usterek, a jeśli chodzi o wymianę żarówki czy przewodu, to oczywiście sama sobie z tym radziłam. Natomiast obecnie jeżdżę trochę starszym autem i ta naczepa, z  którą jeżdżę, jest dużo bardziej skomplikowana, jest wiele rzeczy, które trzeba monitorować, ponieważ przez niedopatrzenie można coś zniszczyć. Tutaj więc wiele pomagają mi koledzy. Cały czas czegoś nowego się uczę. Takie rzeczy podstawowe jak nabicie smaru czy oczyszczenie czegoś albo doglądanie opon, to jest coś, co umiem. Ale zdarzają się też i trudniejsze sytuacje, wówczas koledzy, którzy jeżdżą wiele lat w transporcie ciężkim, zawsze pomagają, uczą, co z tym zrobić. Pomagają, jednak to nie oznacza,  że robią za mnie. W transporcie jest tak, że kierowcy często się wspierają.  W końcu jedziemy na jednym wózku, a serwisu nie mamy.

 

Skoro mowa o kolegach - jak Pani sobie poradziła ze stereotypami?

 

Na początku mojej pracy rzeczywiście wszyscy patrzyli na mnie dziwnie. Wtedy, gdy jeździłam tym mniejszym zestawem, czyli zwykłą ciężarówką, dużo częściej musiałam udowadniać, że potrafię jeździć. Widziałam, jak obserwowali, czy potrafię cofać, czy potrafię wykonać taką samą pracę jak mężczyźni. To jednak  zupełnie mi nie przeszkadzało, bo tak bardzo chciałam jeździć, że raczej nie zwracałam na to uwagi, gdy ktoś powiedział, że „kobieta się nie nadaje…”. To wcale nie wpływało na moją pracę. Teraz z kolei, gdy jeżdżę w transporcie ciężkim, to mam wrażenie, że kierowcom z tych mniejszych zestawów brakuje odwagi, żeby powiedzieć, że się nie nadaję. Na pewno jednak kobiety mają problem ze stereotypami w tym zawodzie, i to bardzo często. To bywa męczące, gdy tak mężczyźni przychodzą, patrzą, później pytają, gdzie jest kierowca. Nawet mi się to zdarza. Ogólnie, jak się ma poczucie humoru, to można się pośmiać z tego, ale raz na jakiś czas to potrafi człowieka nieźle zdenerwować. Ile można?

 

A spotyka Pani kierowców-kobiety, będąc w trasie?

 

Bardzo rzadko, zwykle mijam je na drodze. Kobiet w Polsce i Europie jeździ już bardzo dużo, ale to chyba jest tak, że one mają też już czasem dość tych spojrzeń, zaciekawienia, zaglądania, więc jakoś tak specjalnie nie widać ich na parkingach. Zresztą sama jak jeździłam po Hiszpanii, mało się na parkingach pokazywałam. To były kwestie bezpieczeństwa. Tam, gdzie zostawałam na noc i szłam spać, za bardzo nie chciałam się pokazywać, żeby nikt nie wiedział, w  której ciężarówce jest kobieta, bo nie wiadomo kto kim tam naprawdę jest. Ja się nigdy nie bałam kierowców ciężarówek, tylko raczej tych osób, które przyjeżdżały na parkingi, by okraść te ciężarówki.

 

Jak wyglądają Pani plany, marzenia zawodowe? Jak widzi Pani swoją przyszłość za 5 albo 10 lat?

 

Pewnie za 5 czy 10 lat nie będę już jeździć z tego względu, że nie chcę, aby mnie ominęło życie rodzinne, dzieci. W przyszłym roku chciałabym wyjechać do Ameryki, pojeździć tam sobie trochę ciężarówką – to jest moje wielkie marzenie od samego początku. Zobaczymy, czy mi się uda, bo ciężko jest uzyskać wizę. Zawsze mówię, że jak wyjadę do Stanów i tam pojeżdżę rok czy dwa ciężarówką, to wtedy wrócę do Polski i będę rodzić dzieci, taki jest mój plan (śmiech). A później może będę szyła sukienki, bo kiedyś już to robiłam i lubię to robić. Teraz jestem nastawiona na jakiś inny tryb życia, myślenia i jak sobie siądę przy maszynie do szycia, to nie potrafię sobie nic wyobrazić. Stwierdzam, po co mi ta sukienka, szkoda czasu i idę robić coś innego. Ale tak ogólnie, to potrafię szyć i lubię to. Trzeba tylko odłączyć się od tego transportu, wejść w inny sposób myślenia, jakiś taki bardziej kobiecy styl życia i wtedy, być może, będę szyła te sukienki. Mam w końcu wszystkie maszyny, własną pracownię i jeszcze do tego wrócę, ale na razie zamierzam jeździć.

 

Iwona Blecharczyk – z wykształcenia pedagog, porzuciła pracę nauczycielki j. angielskiego  w szkole, by zostać zawodowym kierowcą. Swoją karierę zawodową rozpoczęła od jazdy busami, później przyszła pora na ciężarówki (popularne TIR-y), a obecnie prowadzi 3-osiową Scanię z naczepą typu dłużyca, wożąc ładunki ponadnormatywne. Jeszcze w trakcie studiów, wraz z koleżanką założyła pracownię krawiecką w Rzeszowie, gdzie obie projektowały i szyły sukienki. Ma wiele marzeń i planów zawodowych, wśród których najbliższy to wyjazd do USA i praca w charakterze kierowcy ciężarówki na tym kontynencie.

Świetnie radzi sobie w mediach społecznościowych, ma swój kanał na You Tube, gdzie opowiada o życiu kierowcy, a jej profil na Facebooku ma ponad 150 000 fanów.

 

Rozmawiała Joanna Niemyjska (Zielona Linia 19524, Centrum Informacyjne Służb Zatrudnienia)

 


Zobacz podobne artykuły

  Potrzebujesz dostępu do starszych informacji? Skorzystaj z naszego Archiwum wiadomości.

 

Uwaga! Wszystkie treści i materiały zamieszczane na portalu www.zielonalinia.gov.pl, opracowywane przez grupę redakcyjną, mają charakter informacyjny. Redakcja portalu dokłada wszelkich starań, aby informacje w nim zawarte były rzetelne i wiarygodne. Nie stanowią one wiążącej interpretacji przepisów prawnych.