Назад

Rozmowa o pomocy obywatelom Ukrainy [WYWIAD]

Artykuł zgodny ze stanem prawnym na dzień: 2022-08-29

Wojna na Ukrainie trwa już ponad pół roku. O tym, jak wyglądały pierwsze dni po rosyjskiej agresji oraz jak to wygląda teraz z perspektywy osoby, która od początku konfliktu zaangażowała się w pomoc naszym sąsiadom zza wschodniej granicy rozmawialiśmy z Jarosławem Litwiakiem, współorganizatorem wielu zbiórek, który wielokrotnie jeździł z darami do Lwowa.

Wiem, że jest człowiekiem „wielu zajęć”. Opowiedz w skrócie, czym zajmujesz się na co dzień?

Od 27 lat pracuję z osobami niepełnosprawnymi w Polskim Stowarzyszeniu na rzecz Osób z Niepełnosprawnością Intelektualną Koło w Jarosławiu. Jest to organizacja, która zajmuje się dziećmi, młodzieżą i osobami starszymi z niepełnosprawnością intelektualną. To moja główna praca. Dodatkowo pracuję w oddziale warszawskim tego Stowarzyszenia, gdzie zajmuję się mediami społecznościowymi. Od 4 lat jestem też radnym Rady Miasta Jarosławia. Ponadto, choć na to mam już naprawdę mało czasu, zdarza mi się, że jako kierowca autobusu, wożę np. dzieci na kolonie czy wycieczki.

 

Wiem też, że sporo czasu poświęcasz też na swoją pasję, czyli klub motocyklowy Road Runners.

Tak. To czasochłonne zajęcie. Bardzo nas, czyli wszystkich członków naszego klubu, absorbuje, ale kochamy to co robimy. To nasza pasja. W ramach działalności klubu organizujemy w Radawie jeden z największych międzynarodowych zlotów motocyklowych w Polsce. Ponadto, różne pikniki i akcje, np. Motoserce, gdzie prowadzona jest zbiórka krwi. Staramy się, by naszym działaniom zawsze przyświecał jakiś szlachetny cel.

 

Wiadomość o wybuchu wojny na Ukrainie - 24 lutego 2022 r., to było ogromne zaskoczenie i niedowierzanie, że doszło do tego. Powiedz, jak Ty na to zareagowałeś?

Z racji tego, że mieszkam na Podkarpaciu w Jarosławiu, skąd do granicy z Ukrainą jest około 20 km, napiętą sytuację dało się wyczuć jeszcze przed 24 lutego. Już tydzień wcześniej widziałem wzmożony ruch samolotów i helikopterów wojskowych. Był to przerażający widok, który znałem jedynie z filmów. Lotnisko w Rzeszowie, oddalonym od Jarosławia około 50 km, stało się miejscem, w którym widoczne były wzmożone działania. Wówczas trzymane w tajemnicy. Czuć było niepokój i zapowiedź czegoś niedobrego. Nie wierzyłem jednak w to, że stanie się to, co się stało. Miałem nadzieję, że to tylko ćwiczenia, które mają ewentualnie zapobiec agresji. Niestety bardzo się pomyliłem.     

Kiedy postanowiłeś zakasać rękawy i wspólnie z kolegami organizować pomoc?

Wojna wybuchła w czwartek 24 lutego i od razu tego samego dnia w niewielkim gronie kolegów postanowiliśmy, że będziemy działać i organizować pomoc. W piątek pojechaliśmy z moim szwagrem, który zatrudnia kierowców, odwieźć jednego z pracowników, obywatela Ukrainy, na przejście graniczne w Medyce. On postanowił wrócić do siebie i walczyć w obronie Ukrainy. Gdy dotarliśmy na miejsce, na przejście graniczne, doznaliśmy szoku. Widok tysięcy ludzi, w większości kobiet z dziećmi, którzy w zimnie uciekają, a cały swój dobytek mają w torbie albo kilku reklamówkach, był bardzo poruszający. Ponadto, wtedy jeszcze mężczyźni mogli przekraczać granicę. Widok wielu młodych chłopaków, którzy odprowadzali kobiety z dziećmi do granicy, przekraczali ją, by po chwili pożegnania wrócić na Ukrainę, zostanie ze mną na zawsze. Zrobiło to na mnie i moich kolegach ogromne wrażenie. Z jednej strony piękny widok, z drugiej strony przerażający. To pożegnanie i brak pewności, czy się jeszcze kiedyś zobaczą.

Gdy wracaliśmy stamtąd, stwierdziliśmy, że musimy działać szybko i od razu zorganizować pomoc.

Widzieliśmy, że brakuje wszystkiego, że panuje chaos. To były początki, drugi dzień wojny. Brakowało ciepłych ubrań, gorącej herbaty, jedzenia. Widzieliśmy, że np. strażacy dowozili jedzenie, ciepłe napoje, ale potrzeby były dużo większe.   

Po powrocie do Jarosławia, spontanicznie zaczęliśmy organizować pomoc. Kilka telefonów do znajomych restauratorów, ludzi, którzy mogli pomóc i szybko udało się zorganizować trzy termosy gorącej zupy. Pojechaliśmy z powrotem na granicę i częstowaliśmy kogo mogliśmy.

Jak się okazało, po ukraińskiej stronie nie było nic, nie było żadnego miejsca, gdzie ci uchodźcy mogliby się schronić, dlatego przybywali do nas zmarznięci i głodni. W Polsce, przy granicy, szybko postawiono namioty, zaczęły powstawać punkty recepcyjne, ale potrzeby były ogromne, dlatego ciepłe posiłki bardzo pomogły. Stąd naszym pierwszym pomysłem była właśnie gorąca zupa.      

 

Jak to wyglądało potem? Wiem, że do tej pory jeździcie na Ukrainę i pomagacie.

O ile dobrze pamiętam, to w sobotę usiedliśmy i zaczęliśmy myśleć, co możemy zrobić, jak zorganizować pomoc. Słyszeliśmy na granicy, że najbardziej potrzebne są gorące posiłki i ciepłe ubrania. Zadzwoniliśmy też do naszych przyjaciół do Lwowa i zapytaliśmy, czego im najbardziej brakuje. Okazało się, że brakuje praktycznie wszystkiego, bo sklepy z dnia na dzień zostały zamknięte. Nie mieli jedzenia, leków, specjalistycznych środków medycznych dla żołnierzy, którzy wyruszali z Lwowa walczyć. Nie zastanawialiśmy się długo, wydrukowaliśmy plakaty informujące o zbiórce najbardziej potrzebnych rzeczy. Poroznosiliśmy pudełka, porozwieszaliśmy plakaty i czekaliśmy na efekt. Bardzo miło zaskoczyliśmy się, gdy po dwóch dniach otrzymywaliśmy telefony z aptek, w których zbieraliśmy potrzebne rzeczy, że pudła są już pełne i można je odebrać.

Wrzucaliśmy też informację o zbiórce na nasze media społecznościowe, dzwoniliśmy do znajomych, staraliśmy się zaangażować w pomoc jak najwięcej ludzi. Bardzo szybko okazało się, że mamy tyle zebranych darów, że mogliśmy zapakować całą ciężarówkę i pojechaliśmy nią do Lwowa. Jako że był to pierwszy tydzień wojny, nie wiedzieliśmy co nas tam czeka. Czy nas wpuszczą? Czy bezpiecznie dotrzemy z pomocą do celu? To była jedna wielka niewiadoma.

 

Udało się?

Udało nam się przekroczyć granicę i to co zobaczyliśmy po ukraińskiej stronie zrobiło na nas ogromne i smutne wrażenie. Kilometrowe kolejki ludzi, którzy stoją pod gołym niebem. Mnóstwo dzieci, często głodnych. Oddaliśmy im całe jedzenie, które mieliśmy ze sobą.

Droga od granicy do Lwowa przypominała plan filmu wojennego. W niewielkich odstępach poustawiane były worki z piaskiem, druty kolczaste, zasieki z metalowych elementów, a w tych punktach mnóstwo żołnierzy (wszyscy z bronią), którzy co raz nas kontrolowali. Jechało się slalomem. Udało mi się, przed wyjazdem, uzyskać dokumenty, że jedziemy z pomocą humanitarną. To bardzo ułatwiło i usprawniło podróż.  

Dotarliśmy do Lwowa, w którym życie toczyło się w miarę normalnie, poza tym, że co kilkadziesiąt minut rozbrzmiewał alarm bombowy. Rozładowaliśmy ciężarówkę w magazynie oddalonym kilkaset metrów od lotniska. Dowiedzieliśmy się, że dzień lub dwa po naszym wyjeździe Rosjanie ostrzelali to lotnisko.   

Wracając do Polski postanowiliśmy zabrać ze sobą tyle osób, z tego czekającego tłumu, ile mogliśmy. Oprócz ciężarówki mieliśmy też jedną osobówkę, którą jechał nasz kolega. Zabraliśmy więc tyle osób ile się tylko zmieściło. Kilkoro dzieci, starszą panią i kobietę w ciąży. Kilka więcej niż przepisowo może jechać, ale uznaliśmy, że sytuacja jest wyjątkowa. Na szczęście na granicy zrozumieli to i nas przepuścili. Zawieźliśmy tych ludzi do centrum pomocy do Korczowej, gdzie mogli odpocząć i potem udać się do rodziny w Polsce lub innych docelowych miejsc pobytu.

Jak to wygląda teraz? Wiem, że jesteś świeżo po wizycie we Lwowie.

Z każdym kolejnym wyjazdem, a było ich kilka, widzieliśmy, że sytuacja się poprawia, że ludzie zaczynają powoli wracać do normalnego życia. Obecnie Lwów wygląda, jak zawsze przepięknie, ale… niestety wszystkie zabytkowe budynki, strategiczne miejsca, jak komisariaty policji, są obłożone workami z piaskiem. Podobnie pomniki są zabezpieczone płytami, które mają je chronić przed odłamkami.

Generalnie życie we Lwowie toczy się dość normalnie. Można już pójść do restauracji, wypić kawę. Trzeba się jednak pilnować, bo zdarzają się alarmy bombowe, które zaburzają tę normalność.

 

Jaki jest odzew na Wasze działanie? Z tego co mówisz ludzie chętnie pomagają.

To jest naprawdę niesamowite, że tylu ludzi tak się w to angażuje i pomaga. Znaleźliśmy wielu sponsorów, dzięki którym mogliśmy kupić najbardziej potrzebne specjalistyczne środki medyczne.

Co ciekawe, naszą akcję zobaczył na Face Book’u i się nią zainteresował jeden Anglik, emerytowany policjant. Skontaktował się z nami, powiedzieliśmy mu co robimy i on razem ze swoim przyjacielem przyjechali do Polski, żeby ze mną porozmawiać. Usiedliśmy, pogadaliśmy, opowiedziałem im całą historię tego jak pomagamy i co robimy. Powiedzieli nam, że jeżeli uda im się zorganizować jakąś pomoc w Anglii, to się z nami skontaktują ponownie. Po powrocie do Anglii zrobili zbiórkę i zebrali naprawdę dużo pieniędzy. Znowu do nas przyjechali i zapytali, czy mogą z nami pojechać na Ukrainę. Chcieli też przekazać zebraną kwotę, tylko nie wiedzieli jak to zrobić i komu ją przekazać. Zaproponowaliśmy im wspólny wyjazd do Lwowa, by mogli na własne oczy zobaczyć co tam się dzieje i sprawdzić czego potrzebują Ukraińcy. Zgodzili się, pojechaliśmy i po powrocie do Polski kupiliśmy co trzeba – trochę „spożywki”, trochę środków medycznych – i zawieźliśmy to do Lwowa.

Dodatkowo, dowiedzieliśmy się, że we Lwowie w kilku szkołach przebywają ludzie – głównie osoby starsze z wnukami – którzy właśnie tam szukają schronienia, bo nie chcą lub nie mają do kogo wyjechać za granicę. Pojechaliśmy do takiej szkoły, zobaczyliśmy, że tam jest jedna pralka na kilkaset osób, jedna kuchenka mikrofalowa i dwa czajniki elektryczne. Nie zastanawialiśmy się długo. Po powrocie do Polski, znowu ze wsparciem finansowym znajomych Anglików, kupiliśmy dwie pralki, kilka kuchenek mikrofalowych, czajników, koce, materace i zawieźliśmy do tej szkoły.

To jest niesamowite, że tak potrafimy pomagać i działać w taki sposób. Serce rośnie.

 

Jak rozumiem, na tym nie koniec Waszej pomocy?

Nie. Będziemy pomagać do końca, ile damy radę. Teraz czekamy na listę najbardziej potrzebnych rzeczy od naszych przyjaciół ze Lwowa. Potrzeby te zmieniają się dość dynamicznie, dlatego nasze zakupy zawsze koordynujemy i czekamy na informację z Ukrainy. Jak tylko uda nam się zebrać co trzeba, pojedziemy znowu.

 

Wiem, że oprócz zajęć zawodowych zajmujesz się też działalnością społeczną. Co robisz i dlaczego tak lubisz pomagać?

Chyba taki już jestem. Odkąd pamiętam, organizowałem akcje charytatywne i starałem się pomagać. Teraz jako radny, przewodniczący komisji społecznej, ze wsparciem innych osób, mogę więcej. Wymyśliłem np. akcję „ciepła szafa” i udało się ją zrealizować. Polega ona na tym, że w wyznaczonych miejscach ustawione są właśnie szafy, do których jedni mogą wkładać ubrania, których już nie potrzebują, a inni, potrzebujący, mogą je wziąć. Proste, ale jak się okazało pomocne. Idąc za ciosem, planujemy kolejną, podobną akcję. Ustawimy lodówkę przy domu seniora w naszym mieście i tak samo, jedni będą mogli do niej wkładać jedzenie, inni – potrzebujący – będą mogli je wziąć i zjeść. Mam jeszcze więcej takich pomysłów. Może nic wielkiego, ale skoro mogę komuś pomóc, to działam.  

 

Jarosław, w którym mieszkasz, leży blisko granicy z Ukrainą. Czy wojna wpłynęła na życie jego mieszkańców?

Tak, bez dwóch zdań. Jarosław to jedno z pierwszych polskich miast, które mija się jadąc z Ukrainy. Liczba uchodźców, którzy przeszli przez Jarosław była ogromna. Do naszego miasta przywożono ludzi z granicy i tu przesiadali się oni do specjalnie podstawianych pociągów, którymi jechali dalej. Wielu jednak zostało i to widać. Na ulicy czy w restauracjach często słychać język ukraiński. Na szczęście ludzie, zarówno miejscowi, jak i uchodźcy, są nastawieni bardzo pozytywnie. Wielu pootwierało swoje domy i gościło rodziny z Ukrainy. Sam w pierwszych dniach wojny miałem u siebie rodzinę z Ukrainy, babcię i mamę z dwójką dzieci, którzy potem pojechali do rodziny do Mediolanu. Wspaniałe jest to, że jako mała społeczność, tu w Jarosławiu, stanęliśmy na wysokości zadania.

 

Jarosław Litwiak – pracuje w Polskim Stowarzyszeniu na rzecz Osób z Niepełnosprawnością Intelektualną Koło w Jarosławiu. Radny Rady Miasta Jarosławia. Członek klubu motocyklowego Road Runners. Od początku wojny na Ukrainie organizuje zbiórki i jeździ z darami na Ukrainę.

 

Rozmawiał Wojciech Napora (Zielona Linia 19524, Centrum Informacyjne Służb Zatrudnienia)


Uwaga! Wszystkie treści i materiały zamieszczane na portalu www.zielonalinia.gov.pl, opracowywane przez grupę redakcyjną, mają charakter informacyjny. Redakcja portalu dokłada wszelkich starań, aby informacje w nim zawarte były rzetelne i wiarygodne. Nie stanowią one wiążącej interpretacji przepisów prawnych.

Zobacz podobne artykuły:

  • Technologia a rynek pracy
    Postęp technologiczny, globalizacja, migracja ludności, demografia, pandemia czy konflikty zbrojne mają duży wpływ na nasz, i nie tylko nasz, rynek pracy. Widać to na przykładzie zmian, które zaszły w ostatnich latach. I chociaż nadal dominują pozytywne nastroje wśród polskich pracowników, spora część z nich z obawą patrzy w przyszłość. Czy Polacy boją się zmian na rynku pracy wywołanych automatyzacją pracy?

  • Z psychologiem o radzeniu sobie ze stresem (cz.1) [WYWIAD]
    „Wojna sprawiła, że wiele osób zaczęło zadawać sobie pytania o przyszłość, o bezpieczeństwo swoje i swoich bliskich. Na wiele z tych pytań trudno znaleźć odpowiedzi, a ich brak może zwiększać poczucie napięcia i lęku” – mówi psycholog Magdalena Kaźmierczak. W naszej rozmowie poruszyliśmy m.in. tematy radzenia sobie ze stresem w trudnych czasach pandemii i wojny na Ukrainie oraz umiejętnej pomocy uchodźcom, którzy trafili do Polski. Zachęcamy do lektury.

  • Postępowanie nostryfikacyjne
    Powiatowy urząd pracy może sfinansować wnioskującemu postępowanie nostryfikacyjne. Kto dokładnie może skorzystać z tego wsparcia? Jakie informacje powinny znaleźć się we wniosku? Odpowiadamy.

  • Elektroniczne wsparcie zatrudnienia obywateli Ukrainy, czyli nowe formularze na praca.gov.pl
    12 marca br. Prezydent RP podpisał ustawę o pomocy obywatelom Ukrainy w związku z konfliktem zbrojnym na terytorium tego państwa. Jej zapisy obowiązują z mocą wsteczną od 24 lutego 2022 r. Cudzoziemcy, których ta ustawa dotyczy, mają zagwarantowany dostęp do polskiego rynku pracy. Mogą podejmować pracę bez zezwolenia oraz rejestrować się w powiatowych urzędach pracy, korzystając przy tym z dostępnych ofert wsparcia. Aby umożliwić i ułatwić te procesy, na portalu praca.gov.pl pojawiły się nowe formularze.

  • Zatrudnianie obywateli Ukrainy na podstawie przepisów specustawy z 12.03.2022 r.
    W związku z konfliktem zbrojnym na Ukrainie polski rząd przygotował ustawę specjalną, w której znajdują się m.in. przepisy dotyczące zatrudniania obywateli Ukrainy. Dzięki nowym regulacjom prawnym, cudzoziemcy zza naszej wschodniej granicy mają otwarty dostęp do polskiego rynku pracy. Potrzebują jedynie legalnego pobytu. Ten również regulują przepisy ustawy specjalnej o pomocy obywatelom Ukrainy w związku z konfliktem zbrojnym na terytorium tego państwa. Co powinni wiedzieć pracodawcy zatrudniający Ukraińców? Odpowiadamy.

  • Potrzebujesz dostępu do starszych informacji? Skorzystaj z naszego Archiwum wiadomości.

    Pokaż/ukryj panel komentarzy