Powrót

Życie piękniejsze od marzeń, czyli cała prawda o rzuceniu pracy i wyjątkowej podróży

- Na studiach byłam kierownikiem projektu inżynierskiego i już wtedy, zarządzając pracą kilkunastu osób, myślałam, że właśnie to będę chciała robić przez resztę życia. Naprawdę bardzo się myliłam – opowiada Anna Sudoł, programistka, podróżniczka, vlogerka. Dlaczego zdecydowała się totalnie zmienić swoje życie i wyruszyć w podróż po świecie?

Cześć Aniu, powiedz proszę, gdzie aktualnie przebywasz?

 

Cześć! Jestem teraz na małej wyspie Ilhabela w Brazylii.

 

Z kim podróżujesz?

 

Z moim partnerem - Łukim i naszą trzyletnią córką Basią.

 

Zanim zapytam o to, jak udało Ci się żyć tak, jak inni marzą, opowiedz, jak teraz wygląda Twój zwykły dzień?

 

Rozkład każdego mojego dnia jest całkiem podobny. Jestem mamą, więc często budzi mnie moja trzyletnia córka Basia. Lubię dni, gdy Basia dłużej śpi, wtedy rano poświęcam czas na medytację, dobrze mnie to nastawia na cały dzień. Jeśli to Basia wstanie pierwsza, to medytację przekładam na wieczór, a my razem zaczynamy dzień. Przygotowujemy śniadanie i planujemy, co będziemy robić.

Razem z moim partnerem wymieniamy się obowiązkami - pracujemy i opiekujemy się Basią na zmianę, choć większość dnia spędzamy, mimo wszystko, razem, we trójkę. Wiele zależy od strefy czasowej, w jakiej się znajdujemy. W Ameryce Południowej jest kilka godzin wcześniej względem Polski. Mój partner pracuje więc wcześnie rano, wtedy, kiedy jest przedpołudnie w Polsce, najważniejsze sprawy załatwia właśnie na początku dnia.

 

Jak wygląda dalsza część dnia i na co przeznaczasz najwięcej czasu?

 

Ze względu na pracę Łukiego i to, że Basia cały czas ma drzemki w ciągu dnia, to nasze przedpołudnia tutaj są bardzo na luzie. Bawimy się na basenie, gotujemy czy bujamy się w hamaku, wypatrując różnych ptaszków. Nie wozimy ze sobą zbyt wielu zabawek dla Basi, więc stawiamy na kreatywność i włączanie jej w nasze obowiązki i pasje, bo dla mnie gotowanie to bardziej pasja niż obowiązek.

Koło południa Basia idzie na drzemkę, w tym czasie jest też najmocniejsze słońce, którego staramy się unikać. Ja siadam do komputera lub telefonu, w zależności od tego, co na dany dzień mam zaplanowane. W tym momencie moja praca opiera się głównie na Instagramie, piszę też swoją kolejną książkę, jednak to wolę robić wieczorami, gdy w domu panuje cisza.

Po drzemce Basi przygotowujemy obiad lub zjadamy to, co przygotowałam ja, gdy ona spała. Jeśli mam w ten dzień wyjątkowo dużo pracy, to Basia wybiera się z tatą na jakąś przygodę - chodzą na spacery po górach, odwiedzają plażę czy plac zabaw. Ja się wtedy skupiam całkowicie na swoich zadaniach. Często jednak wspólnie gdzieś wychodzimy i wtedy mam czas na pracę dopiero po powrocie i położeniu Basi spać.

Z drugiej strony, posiadając przenośny internet, który działa na całym świecie, mogę pracować nawet w samochodzie, w drodze do jakiegoś wodospadu albo odpowiedzieć na kilka wiadomości, czekając w kolejce do atrakcji turystycznej. Ze względu na specyfikę mojego zajęcia, tak naprawdę, jestem w pracy i zawsze, i nigdy.

 

Mimo ciągłego przemieszczania się i życia w podróży, macie swoje wieczorne rytuały?

 

Wieczorem Basię zwykle kąpie tata, a ja kładę ją spać. Gdy zaśnie, oddaje się pisaniu książki lub spędzamy czas we dwoje. Bardzo lubimy długie rozmowy, mam fajnego partnera i mogę z nim rozmawiać przez długie godziny. Czasami oglądamy też jakiś serial, choć staramy się tego nie robić częściej niż dwa-trzy dni w tygodniu. Mamy dużo różnych pomysłów i odwlekanie ich realizacji często boli bardziej niż nieoglądanie ulubionego serialu.

Najwięcej czasu w ciągu dnia poświęcam opiece nad moim dzieckiem, ale staram się najwięcej, ile mogę, wyrwać czasu na swoje projekty, które są dla mnie bardzo ważne.

 

Jakie masz plany na najbliższe tygodnie, miesiące?

 

Za trochę ponad tydzień opuszczamy Amerykę Południową i lecimy do Lizbony. A dalej nie wiem. Nie planuję więcej niż tydzień-dwa do przodu.

 

Styl życia, który obecnie prowadzisz, może być inspiracją dla wielu osób. Można się jednak domyślić, że aby pozwolić sobie na życie w podróży, wcześniej musiałaś na to zapracować. W jakim zawodzie pracowałaś i jak długo?

 

Z wykształcenia jestem informatykiem, już w trakcie studiów zaczęłam pracować w dużej firmie audytorskiej. Przeprowadzałam audyty bezpieczeństwa informacji, wspierałam audyty finansowe, analizowałam duże ilości danych.

To była bardzo ciekawa praca, dała mi bardzo wiele. Jednak okazało się, że kompletnie nie nadaję się do tego, żeby pracować w taki sposób. Po kilkanaście godzin na dobę, z częstymi wyjazdami, spędzaniem większości czasu w klimatyzowanym pomieszczeniu lub w metrze z ogromną liczbą ludzi. Zaczęłam być ciągle przeziębiona, bez siły. W końcu padł mi też kręgosłup. Nie byłam szczęśliwa.

Przez cały czas pracy w korporacji pracowałam też nad moim blogiem. Rozwijałam najpierw bloga kulinarnego, a później doszedł do niego YouTube. Zaczęły się pojawiać z tego małe pieniądze. Nieporównywalne do tego, co zarabiałam na etacie, jednak sprawiały mi one ogromną satysfakcję. Największy rozwój moich kanałów przypadł na czas, gdy byłam w ciąży z Basią i na urlopie macierzyńskim.

Miałam w końcu czas, żeby skupić się na jednej pracy. Gdy kończył się mój roczny urlop macierzyński, postanowiłam wziąć bezpłatny urlop wychowawczy i zobaczyć, jak to będzie. Próbowałam różnych rzeczy, jednak najbardziej dochodowe okazało się wydawanie własnych produktów. Sprzedając mojego e-booka, zarabiam więcej niż kiedykolwiek zarabiałam w korporacji, pracując nad tym, co kocham całym sercem.

 

Młode osoby często mają problem z wyborem studiów, szkoły. Czy wiedziałaś od początku, co chcesz robić? Miałaś jakiś plan na siebie? Czy może w dużym stopniu była to kwestia przypadku?

 

Bardzo długo byłam przekonana, że będę naukowcem. Pasjonowałam się fizyką i właśnie ten kierunek chciałam studiować. Niestety zachorowałam bardzo poważnie w trakcie ostatniego roku w liceum, opuściłam jeden semestr szkoły, który spędziłam prawie w całości w szpitalu. Gdy wiadomo było, że będę w stanie kontynuować naukę, dyrektor szkoły zezwolił na to, bym zaliczyła semestr, pisząc różne prace i zdając egzaminy. Miesiąc przed maturą wyszłam ze szpitala, nadal przyjmowałam silne leki i… nie wiedziałam, co będzie dalej.

Już wtedy spotykałam się z Łukim, chodziliśmy do tej samej klasy. On od zawsze chciał studiować informatykę, mi ten temat również się podobał i ze względu na przyszłe możliwości zawodowe, dużo lepiej zapowiadające się niż po skończeniu fizyki, wybrałam właśnie informatykę.

Poszliśmy na te same studia - Polsko-Japońską Akademię Technik Komputerowych, kierunek informatyka, wybraliśmy angielski jako język wykładowy. Przez całe studia byłam pewna, że będę pracować za granicą. Na drugim roku wyjechaliśmy na wymianę studencką do Irlandii. I to zmieniło moje podejście do wyjazdu z kraju w celach zarobkowych w przyszłości. Uniwersytet był super wyposażony, uczyliśmy się tam ciekawych rzeczy, na sprzęcie którego w Polsce nie było. Pod koniec wymiany dostaliśmy ofertę, by tam zostać na wakacje i pracować w katedrze robotyki. Nie zdecydowaliśmy się jednak na to, po pierwsze mieliśmy jeszcze kilka egzaminów do zaliczenia w Polsce, a poza tym… mieszkanie tam nie przypadło nam do gustu. Chcieliśmy wrócić do siebie i przestaliśmy rozważać wyjazd na stałe za granicę.

Po powrocie z wymiany mieliśmy do zaliczenia dwa miesiące praktyk zawodowych, dużo się w trakcie tej bezpłatnej pracy nauczyłam. Zawsze, gdy młodzi ludzie pytają mnie „Jak znaleźć pracę na początku kariery?” odpowiadam, że warto pracować za darmo. Można się wiele nauczyć, a pokazując się od dobrej strony też wiele zyskać. Ja współpracowałam później całkiem długo z firmą, w której miałam praktyki, już za normalne pieniądze. Później jednak zupełnym przypadkiem zgłosiłam się na testy do dużej korporacji, nie było to zgłoszenie do konkretnego działu, tylko na testy analityczne. Poszły mi one bardzo dobrze, wyszło z nich, że nadaję się do analizy danych. Zostałam zatrudniona najpierw na praktyki, tym razem od razu płatne, a później, jeszcze przed obroną pracy inżynierskiej dostałam umowę o pracę. To, że związałam się akurat z taką dziedziną informatyki to przypadek. Na studiach byłam kierownikiem projektu inżynierskiego i już wtedy, zarządzając pracą kilkunastu osób, myślałam, że właśnie to będę chciała robić przez resztę życia. Naprawdę bardzo się myliłam.

 

Kiedy podjęłaś decyzję o tym, że chcesz zrobić sobie dłuższą przerwę w pracy i podróżować? Czy był jakiś bodziec, który szczególnie Cię zmobilizował?

 

Już dwa lata po studiach kupiliśmy piękne mieszkanie, samochód (kabriolet, którym zjeździliśmy całą Europę), miałam dobre, stabilne zatrudnienie, mogłam jeździć na wakacje, gdzie tylko mi się zamarzyło. Pewnego wieczoru, spacerując po Kabatach, jak to mieliśmy z Łukim w zwyczaju po pracy, poukładałam sobie to wszystko w głowie. Zdałam sobie sprawę, że przez całe życie dążyłam do czegoś, czego tak naprawdę nie chciałam. To była w jakimś stopniu presja społeczeństwa i robienie „bo wszyscy tak robią” - skończyć super studia, mieć dobrą pracę, kupić mieszkanie, samochód… założyć rodzinę. Działałam według wpojonego do mojej głowy schematu. Nie mogłam w to uwierzyć, że byłam aż tak nieświadoma.

Postanowiłam zmienić swoje życie, małymi krokami, ale od tamtej chwili wiedziałam, że nie chcę pracować dla kogoś, nie chcę mieszkać gdzieś tylko po to, żeby mieć blisko do pracy. I pracować w tej pracy na utrzymanie tego mieszkania, które było drogie, bo było blisko pracy. Błędne koło!

Postanowiłam zacząć myśleć zarobkowo o blogu, którego przez lata prowadziłam hobbistycznie i poszukać innych możliwości zarobku. Na pewien czas wzięłam urlop bezpłatny w pracy i postanowiliśmy wyprowadzić się na portugalską Maderę na rok. Chciałam sobie dać czas na rozwój bloga. Jednak nie byłam w stanie usiedzieć na małej wyspie, być w jednym miejscu. Wtedy zdałam sobie sprawę, że wyjazd gdzieś na stałe mnie nie urządza. Ja muszę się przemieszczać. Wróciłam do pracy wcześniej niż planowałam, bo z blogiem nie szło mi tak, jakbym chciała. Musiałam się jeszcze wiele nauczyć. Po powrocie z urlopu nie wyobrażałam sobie już mieszkania na stałe w dużym mieście. Postanowiliśmy sprzedać nasze mieszkanie, zamieszkaliśmy w domu, który wcześniej należał do moich rodziców, oni przeprowadzili się na Mazury. Niedługo później na świat przyszła Basia, a ja cały czas ciężko pracowałam nad blogiem.

W trakcie urlopu wychowawczego na pewien, nasz rocznicowy, weekend Łuki postanowił zabrać mnie do Poznania. I znowu, tak jak w trakcie tamtego spaceru na Kabatach, tym razem siedząc w parku w Poznaniu, doznałam olśnienia.

„A co, gdybym chciała pomieszać w takim Poznaniu dłużej? Albo polecieć jutro do Azji? Chciałabym”. Odpowiedź Łukiego była prosta: „Przecież możemy to zrobić, wystarczy sprzedać dom”. Nie chcieliśmy by cokolwiek nas trzymało, nie chcieliśmy się niczym przejmować i zostawiać nic na miejscu. Łuki już od wielu lat pracował zdalnie, on zajmuje się testowaniem oprogramowania, dlatego nasza lokalizacja nigdy nie była dla niego ograniczeniem, ja pracować nad swoim blogiem mogłam wszędzie.

Wróciliśmy do domu, zrobiłam zdjęcia, wystawiłam ogłoszenie i… pojawił się kupiec w ciągu 1,5 godziny. Siedziałam wtedy w wannie i nie mogłam w to uwierzyć. Ktoś był zainteresowany kupnem domu, od razu po jego wystawieniu. Miałam wrażenie, że to wszechświat poklepał mnie po plecach: „Dobra decyzja!”.

Umówiliśmy się na sprzedaż dopiero w marcu, by nie robić wyprowadzki zimą. Z racji tego, że mieliśmy samochód w leasingu, postanowiliśmy nasze pierwsze miesiące jako „bezdomni” spędzić, jeżdżąc po Europie Południowo-Wschodniej. Odwiedziliśmy po kolei: Słowację, Węgry, Chorwację, Czarnogórę, Bośnię i Hercegowinę, Serbię i Rumunię. Było super. Nie planowaliśmy nic, działaliśmy spontanicznie. Tego mi brakowało wcześniej. To było moje życie, czułam się we właściwym miejscu i czasie. Na wakacje wróciliśmy do Warszawy, oddaliśmy nasz samochód, a sami zamieszkaliśmy w mieszkaniu naszych przyjaciół, którzy byli właśnie w podróży po Azji, Australii i Oceanii. Basia przez dwa miesiące chodziła do przedszkola, ja organizowałam warsztaty kulinarne, pracowałam nad blogiem i… planowałam moją „dalszą karierę”. Tworzyłam też swojego pierwszego ebooka z przepisami kulinarnymi. Gdy wakacje się skończyły, wyjechaliśmy do Azji. Odwiedziliśmy Indonezję, Tajlandię, Wietnam, Laos i Kambodżę. Znowu nic nie planując. Wróciliśmy na święta do Polski, a w styczniu wyruszyliśmy do Ameryki Południowej. Najpierw spędziliśmy miesiąc na Galapagos, później odwiedziliśmy kontynentalny Ekwador, Peru i teraz jesteśmy w Brazylii.

 

Jak się przygotować do tak długiej podróży, i to z małym dzieckiem?  Na co przede wszystkim należy zwrócić uwagę?

 

Szczerze mówiąc, to nie uważam, by trzeba było się jakoś szczególnie przygotowywać. My zdecydowaliśmy, że to pora na dziecko, gdy byliśmy w Gwatemali, gdzie widzieliśmy tych wszystkich biednych ludzi, którzy często nie mieli nawet prądu czy szyb w oknach, a ich dzieci były takie szczęśliwe. Zdaliśmy sobie sprawę, że nie ma czegoś takiego jak dobry czas na dziecko. Każdy jest dobry i zawsze będziemy w stanie dać dziecku to, co ono potrzebuje, bo najbardziej potrzebna mu jest mama i tata. Podróżując, bierzemy ze sobą nosidło, wcześniej braliśmy też mały wózek, mamy przenośne łóżeczko/namiot dla Basi, ale to nie są też rzeczy konieczne. Tak naprawdę najważniejsze jest zrobienie szczepionek i zadbanie o dobre ubezpieczenie medyczne. Dzieci mają tę cudowną cechę, że bardzo szybko dostosowują się do nowych sytuacji.

 

Czy możesz nam powiedzieć, jak wygląda Twoje zabezpieczenie finansowe w podróży? Czy korzystacie z oszczędności?

 

Pieniędzy ze sprzedaży domu nigdy nie ruszyłam, tak samo nie ruszamy naszych innych oszczędności. Oboje zarabiamy i w każdym miesiącu odkładamy, bo dbamy o to, by nie wydawać nigdy więcej niż zarobimy. Udaje nam się to, bo jesteśmy minimalistami. Pieniądze wydajemy głównie na jedzenie, mieszkanie i transport. Podróżujemy tylko z plecakami - mamy dwa plecaki po 9 kg każdy. Basia ma swój malutki plecak na zabawki. Nie kupujemy drogich gadżetów. O nowego powerbanka poprosiliśmy rodzinę na święta. Oni też za bardzo nie wiedzą, co nam kupować, bo przecież nie mamy domu i gdzie trzymać wszystkich rzeczy. Więc cieszą się, jak dostaną od nas listę aktualnie potrzebnych nam rzeczy. W te Święta ja dostałam od rodziców kosmetyczkę podróżną, bo poprzednia rozleciała nam się na Bali i lnianą bluzkę (bo bardzo stawiam właśnie na naturalne tkaniny), a Łuki powerbanka na baterie słoneczne. Ode mnie dostał spodenki, bo w jego ulubionych zrobiła się dziura i składany, silikonowy kubek, który teraz wozimy ze sobą, bo bardzo lubimy napić się dobrej kawy. A ja od niego złoty naszyjnik, który noszę codziennie.

 

Z tego co mówisz, wynika, że jesteście bardzo praktyczni w kwestii prezentów. Zdradź nam proszę kilka sprawdzonych patentów na to, w jaki sposób mądrze gospodarować pieniędzmi w podróży. Na co powinniśmy uważać?

 

W podróży nie należy oszczędzać, bo to często spowoduje na koniec większe wydatki. Należy, po prostu, wydawać mądrze. Zawsze staramy się wynająć najtańsze mieszkanie z tych, które nam pasują. Nie śpimy w hostelach itp. Wynajmujemy całe domy lub apartamenty, lubimy mieć basen i ładny widok z okna. Jeździmy do miejsc, gdzie jest dużo taniej. Na wyspie Koh Yao Noi w Tajlandii mieszkaliśmy w przepięknym domu za 170 zł za noc, a na Bali wynajęliśmy dom za mniej niż 2500 zł za miesiąc. Można znaleźć niesamowite oferty, szczególnie szukając na ostatnią chwilę. Bilety lotnicze kupujemy zawsze w promocji, decydujemy, gdzie pojedziemy, często po tym, jakie bilety lotnicze znajdziemy. Lot na Galapagos w obie strony kosztował nas 2800 zł za osobę. Właśnie jestem w trakcie pisania książki o tym, jak mądrze podróżować. Wszystkie nasze porady i doświadczenia, które zdobyliśmy przez ostatnie kilkanaście lat częstych podróży, tam się znajdą. Myślę, że to będzie wartościowa lektura dla wszystkich, którzy chcą podróżować.

 

Czy choroba przewlekła, Twoim zdaniem, może być przeszkodą w podróżowaniu? Jak sobie poradzić z tym problemem?

 

Choruję przewlekle i moim zdaniem to jest bardziej motor napędowy niż przeszkoda. Ze względu na to, jakie leki przyjmuję, muszę wracać do Polski co trzy miesiące. Spotkać się z lekarzami, zrobić badania, czasem położyć się do szpitala. Nie mam jednak większych problemów, na pewno nie większe niż gdybym siedziała w jednym miejscu w Polsce. Nie spotkały mnie żadne problemy na granicy w trakcie przewożenia leków itp. Mnie akurat choroba motywuje do tego, by działać teraz, już. By korzystać na maksa z czasu, który mam.

 

Swoimi przeżyciami dzielisz się w mediach społecznościowych, wiele osób jest wdzięcznych, że dzięki Tobie mogą obejrzeć zachód słońca w egzotycznym kraju, poznać bliżej jego kuchnię. Pewnie niejednokrotnie byłaś pytana o to, co zrobić, aby żyć w ten sposób. A więc? Jaka jest odpowiedź na to pytanie? Jak pokierować swoim życiem, by później móc sobie pozwolić na taką podróż?

 

Trzeba pracować. Nie ma innej opcji. Często, gdy ktoś mnie o to pyta, odpowiadam: ja mam już 30 lat! Nie mam lat 20, nie zaczynam swojej drogi. Pracowałam przez wiele lat, zbudowałam sobie rezerwę finansową i choć z niej nie korzystam, to zawsze mam taką możliwość. Tak samo jak mam możliwość wrócić do pracy w moim zawodzie na całym świecie. Świadomość tego, że na koncie leżą pieniądze na kilka lat życia, a ja mogę znaleźć szybko dobrze płatną pracę daje… luz. Po prostu. Łatwo być spontanicznym w takim przypadku.

Przez pierwsze lata dorosłości moim zdaniem warto jest próbować jak najwięcej rzeczy, dowiedzieć się, co się lubi i później to robić (cytując klasyka z filmu Lubaszenki).

Oszczędzać, nie wydawać na zbędne rzeczy, no chyba, że to coś w rodzaju: „nie opłaca się, ale warto”, cytując Jacka Walkiewicza, który kupił sobie kampera, by wiedzieć, jak to jest mieć kampera. My dlatego kupiliśmy kabriolet. Miał co prawda już 13 lat, ale to był mercedes, był cudowny i zjeździliśmy nim całą Europę. Warto robić takie rzeczy jak się ma dwadzieścia pare lat. Nie odkładać tego na emeryturę. Na emeryturze inaczej to będzie smakowało, inaczej się podróżuje, będąc bardzo młodym. Sama już teraz to widzę. Podróż w każdym momencie życia smakuje inaczej, moim zdaniem warto poznać wszystkie jej smaki. Najszybciej jak się da, jak tylko kogoś stać - kup bilet i jedź. Gdziekolwiek. Poznawaj świat, poznasz też siebie. Chwytaj się wszystkiego, co się da, bądź człowiekiem w stylu: „Yes Man” (film z Jimem Carreyem - polecam bardzo). Próbuj, pracuj, odnajduj siebie, twórz siebie, pozwalaj sobie na błędy i w końcu to znajdziesz. Nie przejmuj się, że nie masz „ogarniętego życia”, mając dwadzieścia pare lat. To jest właśnie na to czas, by odnaleźć to swoje „ogarnięcie”.

Na życie w podróży sposobów jest wiele. Znam sporo osób, które pracują w każdym miejscu, do którego przylecą, np. jako kelnerzy, a później zwiedzają ten kraj.

Oczywiście można pójść na studia, które umożliwiają później pracę zdalną albo samemu nauczyć się jednej z rzeczy (w dobie internetu można się nauczyć wszystkiego, nie wychodząc z domu), która to umożliwia, np. grafika komputerowa (pamiętaj o tej pracy za darmo, żeby zrobić sobie super portfolio i się dużo nauczyć!).

Może zacząć pisać bloga czy prowadzić kanał na YouTube, albo… możliwości jest nieskończenie wiele. Każdy musi znaleźć swoją drogę.

 

Czy planujesz powrócić na stałe do Polski? I czy wyobrażasz sobie w tym momencie pracę stacjonarną?

 

Nie wyobrażam sobie pracy dla kogoś. W tym momencie jestem człowiekiem, który słucha kogoś, kiwa głową, a później i tak robi tak, jak mu w sercu gra. Kocham Polskę i nie wykluczam życia w naszym kraju, często wyjeżdżając, ale jednak wracając. Myślę o otworzeniu swojej restauracji, to coś z kategorii „Nie opłaca się, ale warto”. Jeśli jej nie otworzę, to będę na starość zastanawiać się, jakby to było mieć restaurację. A ja naprawdę wolę coś robić niż żałować, że nie zrobiłam.

 

Na koniec zdradź nam proszę, co dało i daje Ci tak długie podróżowanie? W jaki sposób to wpływa na Ciebie, Twoją rodzinę, na Twój światopogląd?

 

Wolność. Całkowitą, niezaprzeczalną i cudowną wolność.

Świat jest jeden i należy on do wszystkich, ja się czuję wszędzie jak w domu i tego właśnie uczę moją córkę.

Zwiedzając wspólnie świat uczymy się tego, że wszędzie są ludzie i oni są tacy jak my. Uczymy się akceptacji i otwartości na inność. Zyskujemy pewność siebie, bo radzimy sobie w różnych sytuacjach polegając tylko na sobie. Jako rodzina weszliśmy na kolejny poziom, staliśmy się zgraną drużyną.

 

Anna Sudoł – ukończyła Polsko-Japońską Akademię Technik Komputerowych na kierunku informatyka, z angielskim jako językiem wykładowym. Pracowała na stanowisku Junior Business Analyst w ISCG Sp. z o.o., a  następnie jako Senior Associate w PwC. Od kliku lat prowadzi bloga kulinarnego, ma swój kanał na YouTube i jest autorką e-booka kulinarnego.

Aktualnie podróżuje wraz z córką i partnerem po świecie, a swoimi przeżyciami dzieli się w mediach społecznościowych. Jej działania skupiają się nie tylko na promowaniu aktywnego stylu życia, kuchni wegańskiej, ale przede wszystkim na propagowaniu samoakceptacji i tolerancji dla innych kultur.

 

Rozmawiała Joanna Niemyjska (Zielona Linia 19524, Centrum Informacyjne Służb Zatrudnienia)

 

 


Potrzebujesz dostępu do starszych informacji? Skorzystaj z naszego Archiwum wiadomości.
Uwaga! Wszystkie treści i materiały zamieszczane na portalu www.zielonalinia.gov.pl, opracowywane przez grupę redakcyjną, mają charakter informacyjny. Redakcja portalu dokłada wszelkich starań, aby informacje w nim zawarte były rzetelne i wiarygodne. Nie stanowią one wiążącej interpretacji przepisów prawnych.