Powrót

Walka o umysły, czyli jak nauka programowania odmieni uczniów [WYWIAD]

ZAKUJ – ZDAJ – ZAPOMNIJ odejdzie do lamusa? Są na to szanse – tłumaczy Piotr Rek, który szkoli nauczycieli z umiejętności wykorzystywania nowych technologii na lekcjach.

 

- Programowanie to nie tylko język. To tak naprawdę sposób myślenia, który prowadzi nas od identyfikacji problemu poprzez znalezienie rozwiązania, wprowadzenie go w życie, aż do samej weryfikacji, czy problem został rozwiązany – tłumaczy specjalista Internet of Things.

 

Nowe rozporządzenie MEN zakłada naukę elementów programowania już od I klasy szkoły podstawowej, a także zwiększenie liczby godzin informatyki od klasy IV. Skąd taka potrzeba, Pana zdaniem?

W dzisiejszych czasach większość ludzi aktywnych na rynku pracy jest w stanie posługiwać się co najmniej jednym językiem obcym. Świat dookoła nas się zmienia. Następuje ogólna komputeryzacja. Nie możemy sobie wyobrazić świata bez smartfonów, laptopów, nawigacji i wielu innych urządzeń. Również robotów. Coraz częściej potrzebujemy potrafić się z nimi komunikować i nimi zarządzać.

 

Czy dzieci są gotowe na tak wczesną naukę elementów programowania?

Zdecydowanie tak. Pokusiłbym się o stwierdzenie, że to dzieci są lepiej przygotowane na rozpoczęcie nauki programowania niż nauczyciele do nauczania. Dziś już 2- czy 3-latkom dajemy do zabawy tablety, smartfony, a do tego są w stanie swobodnie obsłużyć telewizor z AndroidTV. Dla nich jest to naturalne środowisko.

 

Tak, jak dla osób urodzonych po 1990 roku właściwie nie istnieje świat bez komputerów, tak dla dzieci z lat 2000 nie istnieje świat bez urządzeń mobilnych.

 

Jakie umiejętności wśród dzieci będą szczególne rozwijane dzięki tym nowym lekcjom?

Programowanie to nie tylko język. To tak naprawdę sposób myślenia, który prowadzi nas od identyfikacji problemu poprzez znalezienie rozwiązania, wprowadzenie go w życie, aż do samej weryfikacji, czy problem został rozwiązany. Pomaga to w logicznym myśleniu i rozwoju analitycznego podejścia.

Programowanie uczy też tego, że jak czegoś nie zrobimy, jak coś pominiemy, to osiągnięty efekt będzie inny niż zamierzony. Ale mimo wszystko uczy też optymalizacji procesów i szukania krótszych dróg do osiągnięcia założonego celu, bo „jeśli nie muszę pisać 100 linijek kodu, a w zamian za to mogę stworzyć inny algorytm, który zrobi dane zadanie szybciej, to czemu mam go nie użyć?”. Dlatego wydaje mi się, że nauka programowania w szkołach będzie znakomitą odpowiedzią na wszystkie problemy, które obecnie zauważamy wśród osób z pokolenia Y (to np. nauka „pod klucz odpowiedzi”, nauka „zakuj, zdaj, zapomnij” itd.). Tutaj zdobyta wiedza będzie znajdowała zastosowanie w praktyce, a poszczególne umiejętności będą mogły mieć natychmiastowy efekt, możliwy do zauważenia jeszcze w trakcie zajęć.
 

Na jakie efekty możemy liczyć za sprawą planowanych zmian?

Z pewnością możemy liczyć na wzrost liczby osób, które w przyszłości będą chciały związać swoją karierę z programowaniem. Obecnie nie wszyscy mieli okazję tego spróbować, bo dotychczasowe lekcje informatyki zwykle miały niewiele wspólnego z programowaniem. Poza tym możemy liczyć na rozwój kreatywności wśród dzieci w kwestii znajdywania rozwiązań problemów lub zagadnień. Łatwiej im będzie znaleźć alternatywny sposób rozwiązania tego samego zadania. Prawdopodobnym jest też efekt wyrównania szans. Nowa podstawa programowa obejmuje zarówno dzieci z dużych miast, jak i małych miejscowości czy wsi. Teraz na lekcje z robotyki, automatyki czy elektroniki uczęszczają jedynie dzieci z zamożniejszych rodzin. Na szczęście jest szansa, że się to zmieni.

 

A czy widzi Pan jakieś zagrożenia związane z nauką programowania u małych dzieci? Czy np. nie spowoduje to jeszcze większego uzależnienia od urządzeń typu smartfon, tablet lub laptop?

Oczywiście pewne zagrożenia zawsze występują. Ale w tym wypadku mamy do czynienia z czystym postępem technologicznym. My nie pamiętamy tych czasów, ale możemy sobie wyobrazić, z jakim szokiem i z jak wielkimi obawami spotykała się wielka rewolucja przemysłowa w Wielkiej Brytanii. Wtedy też bano się o miejsca pracy, zastąpienie ludzi, deprecjację znaczenia człowieka. Czas jednak pokazał, że to był krok w dobrą stronę. I na taką rewolucję musimy być gotowi także tym razem. Ona dzieje się na naszych oczach.
Uzależnienie od smartfonów czy tabletów występuje przede wszystkim nie z powodu samych dzieci czy dostępu do tych urządzeń, ale samych rodziców, którzy wypełniają swoim pociechom czas właśnie w ten niekontrolowany „elektroniczny sposób”.

 

Jak zapobiegać ewentualnym zagrożeniom?

Dzisiejsze dzieci już nie zaznają świata bez komputera, smartfona czy Internetu. Nasza w tym głowa, żeby urządzenia, do których mają dostęp na co dzień, zostały wykorzystane w odpowiedni sposób.

 

Być może nie ma sensu prosić dzieci, aby zostawiały swoje telefony na półeczkach przy wejściu do klasy i odbierały je dopiero po zajęciach. Lepszym wyjściem byłoby wykorzystanie tych urządzeń do przeprowadzenia zajęć, rozwiązywania zadań, a na koniec do sprawdzania wyników po podłączeniu do robota.

Podobnie może być w przypadku zadawania pracy domowej. Np. roboty Jimu pozwalają na to, żeby wykonywać na nich zadania i pisać programy, mimo że nie mamy danego robota w pobliżu. Dzieci mogą podłączyć się do wybranego modelu po przyjściu do klasy i zweryfikować czy to, co wykonały, zostało dobrze przygotowane.

 

Wprowadzane zmiany to duże wyzwanie dla szkół i nauczycieli. Jak zatem powinno wyglądać przygotowanie do wdrożenia zmian, aby cały proces zakończył się sukcesem?

Podstawowym problemem, z którym spotyka się technologia w spotkaniu z nauczycielem, to obawa przed jej zastosowaniem na zajęciach. Bardzo dobrym przykładem były, a czasem nadal są, tablice interaktywne w klasach. Niestety bardzo często są one wykorzystywane jedynie jako biała tablica do pisania. Wynika to zarówno z braku wiedzy nauczycieli, jak korzystać z urządzeń, z braku pomysłu, jak kreatywnie wykorzystać te możliwości na zajęciach, ale też z faktu, że wielu nauczycieli wciąż boi się, że coś może nie zadziałać dobrze na zajęciach i będzie to źle wyglądało w oczach uczniów.

Aby cały proces zakończył się sukcesem, musi zostać spełnione kilka czynników. Przede wszystkim kadra musi być gotowa na przyjęcie nowej technologii. To już powoli się dzieje, bo na własnej skórze doświadczamy tego, że w Wojewódzkich Ośrodkach Metodycznych czy w Centrach Doskonalenia Nauczycieli obecnie najczęściej przeprowadzane są szkolenia właśnie z wykorzystania wszelkiego rodzaju narzędzi wspierających metodologię nauczania opartą na STEAMie. A zatem pierwszy krok w tym kierunku został podjęty.

Kolejny etap powinien zostać rozpoczęty od przygotowania konkretnych scenariuszy zajęć dla nauczyciela. Najlepiej byłoby, gdyby Ministerstwo Edukacji miało możliwość współpracy z producentami sprzętu i w takiej kooperacji stworzyło jeden, spójny program zajęć dla wszystkich etapów nauczania. Jak wiemy, jest to niemożliwe, dlatego każdy z producentów i dystrybutorów stara się dostarczyć nauczycielom możliwie jak najlepsze materiały na własną rękę. Pytanie, czy to będzie miało pozytywny skutek.

 

Na jakim sprzęcie będą pracować dzieci i jaki to ma wpływ na efektywność ich nauki?

Rozwiązań na rynku wspomagających naukę programowania jest coraz więcej. Poczynając od dużo efektywniejszych kosztowo pracowni terminalowych, dzięki którym szkoła może pozwolić sobie na więcej stanowisk do pracy, uzyskując tym samym równie dobrą, a czasem wyższą jakość niż w dedykowanych jednostkach aż po roboty, które możemy programować z poziomu aplikacji mobilnej na smartfonie. Są one przeznaczone do nauki na różnych etapach edukacji: przedszkolnym, wczesnoszkolnym, szkoły podstawowej czy liceum.

Jednostki edukacyjne, a tak naprawdę nauczyciele, muszą dobrać sobie wyposażenie w ten sposób, aby najłatwiej się im na nim pracowało. I tutaj właśnie kluczowym elementem mogą być przygotowane scenariusze zajęć czy możliwość samodzielnej pracy przez ucznia w domu. Niewątpliwie jednym z ważniejszych, jak i nie najważniejszym czynnikiem wyboru będzie również cena.

 

Czy Pana zdaniem te działania, które teraz będą podejmowane, przełożą się w przyszłości na rynek pracy? W jaki sposób widzi Pan ewolucję tego rynku w przyszłości?

Zdecydowanie tak. Rynek pracy znacząco się zmienia. Przeżywa transformację z rynku pracodawcy na rynek pracownika. Ciężko przewidzieć tak naprawdę, jak zachowa się za 5 czy 10 lat.

 

Na pewno świat zmierza w kierunku cyfryzacji, nowoczesnych technologii, big data, sztucznej inteligencji. Aby się w tym wszystkim odnaleźć, musimy być w stanie w jakiś sposób nad tym wszystkim zapanować.

Jestem gotów stwierdzić, że już wkrótce równie popularną umiejętnością, jak „język angielski poziom B1”, w CV potencjalnych pracowników będzie „znajomość języka programowania X”. Jest to, bez wątpienia, naturalna droga rozwoju.
 

Piotr Rek - Product Manager w firmie Vidis.
Od 5 lat związany z dziedziną Internet of Things. Od początku 2017 roku zajmuje się rozwiązaniami STEAM  - roboty do nauki podstaw programowania, klocki elektroniczne, cyfrowe laboratoria szkolne. Prowadzi szkolenia dla nauczycieli z wykorzystania nowych technologii na zajęciach.

 

Rozmawiała Joanna Niemyjska (Zielona Linia 19524, Centrum Informacyjne Służb Zatrudnienia)


Zobacz podobne artykuły

  Potrzebujesz dostępu do starszych informacji? Skorzystaj z naszego Archiwum wiadomości.

 

Uwaga! Wszystkie treści i materiały zamieszczane na portalu www.zielonalinia.gov.pl, opracowywane przez grupę redakcyjną, mają charakter informacyjny. Redakcja portalu dokłada wszelkich starań, aby informacje w nim zawarte były rzetelne i wiarygodne. Nie stanowią one wiążącej interpretacji przepisów prawnych.